26.08.2019

Poważna zmiana - czyli jak zrezygnowałam z poliestru



To jest długi wpis.

To jest ważny wpis.

Ważny dla mnie, bo o przełomowej decyzji. I waham się, jak go zacząć.
Może od wyznania, że nigdy nie lubiłam szyć z poliestrów. Ich syntetyczność budziła mój wewnętrzny opór od samego początku. Ale te wzory, te kolory, nieprzemakalność, wytrzymałość kodury, i świadomość jak chętnie są kupowane z nich wyroby - nie do przecenienia. A jednak...
Zastanawiając się nad tym głębiej, mają bardzo poważne wady. Są to tkaniny syntetyczne, które (w dużym uproszczeniu) powstają z ropy naftowej w procesie obróbki chemicznej. W procesie tym używa się też metali ciężkich, takich jak kobalt, sole manganu, sód, bromek oraz dwutlenek tytanu. W efekcie tej produkcji powstaje dużo odpadów, które podlegają wolnemu rozkładowi zanieczyszczając środowisko na wiele lat. No i ostatecznie same produkty z poliestru przeżyją nas i kolejne pokolenia - w postaci pierwotnej, bądź w efekcie rozpadu fizycznego, w formie drobinek w organizmach żywych - w tym w nas samych.

Czy ja chcę się dokładać do tego smutnego procesu?
Nie!
Dlatego rezygnuję z szycia toreb z wykorzystaniem nowych tkanin poliestrowych.
Dla jasności tłumaczę, co przez to rozumiem. Przestaję zaopatrywać się w nowe tkaniny syntetyczne, a tym samym generować popyt na nie.
  

Oczywiście mam spory zapas syntetyków, który zużyję :(
Nie mam sił, ani czasu na przeprowadzenie ich wyprzedaży. Są napoczęte, o różnym metrażu - musiałabym je sprzedać za dużo niższą cenę niż kupiłam. Na pewno też ich nie wyrzucę, popełniając grzech marnotrawstwa, który mocno potępiam. Zużyję je roztropnie i odpowiedzialnie do samego końca. Po prostu.

Nie mogę im odmówić walorów użytkowych, łatwości obróbki i uroku nadruków. Ale szala mojej wewnętrznej wagi, na której kładę odpowiedzialność za moje czyny wobec naszej planety przechyla się bez zastanowienia na niekorzyść wytwarzania tkanin poliestrowych.

Zatem z czego będę szyła torby, gdy zużyję wszystkie poliestry, które wypełniają mój 'magazyn'?
Wrócę do mojej misji z początków kattowego szycia - upcycling ubrań, wykorzystanie końcówek tkanin z likwidowanych sklepów i pracowni krawieckich, oraz resztek tkanin otrzymanych w prezencie od przyjaciół pracowni, ratując je tym samym przed wylądowaniem na śmietniku. Szyłam według tych zasad przez lata. I wracam teraz, po chyba trzyletniej przerwie poliestrowej, do źródeł :)

Skąd taka zmiana?
Bo mam świadomość, co robimy naszej planecie. Nie jacyś wyimaginowani "oni" (koncerny, fabryki, rafinerie itd.), ale my. To my, jako konsumenci mam ogromny wpływ na to, co i jak jest produkowane. Począwszy od żywności i leków, poprzez tekstylia, przedmioty codziennego użytku, po materiały budowlane i wiele innych.
Ja wiem, że walę z grubej rury.
Że wszyscy oglądamy filmy o plastiku w oceanach i płonącej Amazonii. Każdy, kto na takie widoki mówi - to nie ode mnie zależy - myli się. To właśnie od nas zależy, ode mnie i od Ciebie. Od naszego wewnętrznego bożka optymalizacji - zyskać jak najwięcej, przy jak najmniejszym wysiłku - co dziś najłatwiej przełożyć na nieustanną potrzebę  - dużo i tanio, ba jeszcze więcej i jeszcze taniej.

Świadomość to jedno, a zmiana w produkcji w malutkiej firmie, to drugie. Doskonale wiem, że poliestry pięknie się sprzedają, bo są 'takie śliczne', lekkie i nieprzemakalne. Co będzie ze sprzedażą, z przychodami? W końcu prowadzę działalność gospodarczą, a nie hobbystyczne szycie po godzinach.
I tu pojawia się istotny element, czyli Asia, zwana Joanką Z. - kropla, która drąży skałę. Kropla, która swoimi poczynaniami w internetach tak długo drążyła mój mózg, aż wydrążyła w nim rezygnację z poliestrów. Dziękuję Ci Asiu :)
 

I to nie jest tak, że ekologicznie ocknęłam się wczoraj ;) Przyrodnicza byłam zawsze, chodziłam w liceum do klasy o profilu ekologicznym, mięso przestałam jeść w siódmej, albo ósmej klasie podsatawówki, sortuję śmieci, kompostuję wszystkie nasze odpadki organiczne, praktycznie wszystkie ubrania i tekstylia domowe są kupione w secondhandach, ba nawet meble i naczynia mamy z odzysku, a od pięciu lat jesteśmy z moim Tomaszem weganami. Więc biję się w pierś za tą zupełnie głupią poliestrową przygodę. Nie mam dla siebie wytłumaczenia - stało się.

Na razie nie kupuję nowych materiałów - jest tyle przeróżnych tekstyliów do powtórnego wykorzystania, że głowa mała plus to, że mój magazyn jest pełen zapasów.
Kuszą mnie nowe technologie, jak na przykład (prawdziwe!) ekoskóry z resztek roślinnych, a nie plastiku, tkaniny z recyclingu tkanin bądź butelek PET, materiały biodegradowalne - uważnie śledzę nowinki i jeśli pojawią się jakieś materiałowe nowości w mojej pracowni, to tylko takie.

Mam nadzieję, że zaakceptujecie moją decyzję, jeśli nie - trudno, taką ewentualność wzięłam pod uwagę i godzę się z nią bez żalu. Liczę też, że część z Was, bardziej ortodoksyjnych w naturalności wybaczy mi, że jeszcze przez jakiś czas pociągnę poliestrowe szycie wyczerpując moje spore zapasy.

Czyńmy dobro - choćby malutkimi kawałeczkami, próbując zahamować degradację naszej Ziemi.

Pozdrawiam ciepło,
zdepoliestrowana Katta :)

23.07.2019

Wypalenie

Praca, ludzie, praca, ludzie, praca..... Echhh
Mam to.
Mam już "wypalenie sezonowe". Myślę, że to określenie idealnie pasuje do stanu, w którym się znajduję.

Objawy, które u mnie wówczas występują to:
- chroniczne poczucie zmęczenia, 
- przygnębienie, 
- nieustanna irytacja, 
- obojętność wobec uzyskanych wyników,
- kompletny brak cierpliwości do klientów. 

A najgorsza jest trudność w byciu miłym dla gości galerii - nawet tych sympatycznych, bratnich dusz. Stan kiedy uśmiech - no niestety wymuszony, bo na inny brak sił - do drugiego człowieka wywołuje u mnie wręcz fizyczny ból.
Zazwyczaj dopadało mnie to pod koniec sierpnia, w tym roku mamy drugą połowę lipca i już się pojawiło.
Wiem, że nie brzmi to zbyt poprawnie piarowo, ale szczerość moi drodzy, to jeszcze jestem w stanie zaoferować ;)

Nie jest to absolutnie wypalenie zawodowe, bo tutaj wystarczy dłuższy odpoczynek, a czasem nawet powrót do normalnego 'tempa' pracy, by stan ciała i umysłu wrócił do równowagi. Przy wypaleniu zawodowym nie jest to takie proste, choć oba te stany są bardzo pokrewne. 

Po co to piszę? 
Bo może zaoszczędzę Wam irytacji, podczas wakacyjnych wojaży. 

Kochani, jeśli widzicie w szczycie sezonu turystycznego sprzedawców lodów, kelnerów, galerników ;) , bileterów w miejscach do zwiedzania, czy panią w budce z pamiątkami/zapiekankami/watą cukrową/piwkiem którzy są totalnie spowolnieni albo rozkojarzeni, nie tryskają słodkimi uśmiechami na Wasz widok, a ich błędny wzrok mówi jedno "idźcie sobie jak najszybciej" - to nie denerwujcie się, bo "właśnie jesteście na super urlopie, a wszyscy jacyś skrzywieni - co za fatalna obsługa" ;)

Praca przy skumulowanym ruchu turystycznym bardzo wyczerpuje. To jak praca przy taśmie w fabryce. 
Plus to, że:
- słyszysz kilkadziesiąt razy dziennie te same pytania, na które oczywiście musisz odpowiedzieć, mimo że obok Twojej głowy jest tablica, która wszystko wyjaśnia,
- kilkadziesiąt razy dziennie dziecko-dzieci klientów wpada nagle we wrzask bo ono coś chce, a rodzic nie, 
- kilka razy w tygodniu trafia się frustrat z 'oczekiwaniami', który ci udowodni, że nie jesteś w stanie im podołać, co z radością wykorzysta, aby dać upust swojej jadowitości,
- masz nieustanną świadomość, że wszyscy na świecie są na urlopie poza tobą, 
- od godziny chce ci się siku, ale nie masz czasu żeby wyjść do WC, o zjedzeniu kanapki na obiad nie wspominając.

Kiedy więc widzicie, że pani szykując gofra rusza się, jak mucha w smole, a Wam się spieszy bo zaraz trzeba cyknąć zdjęcie zachodu słońca na Instagram, pogryzając goferka na plaży - zamiast bębnić rytmicznie palcami o kontuar, dajcie na luz - proszę :) 
Wyobraźcie sobie, że ona te gofry rąbie już od ośmiu godzin. W upale, który potęgują rozgrzane gofrownice i agregat lodówki, w której siedzi bita śmietana i owoce. W hałasie. Nieustannie na nogach. I że zniewalający zapach piekących się gofrów, który Was tu zwabił, ją już przyprawia o mdłości.

A na koniec dodam, że tak - napisałam to wszystko także w swoim własnym, prywatnym interesie.
Bo kiedy dwudziesta osoba wchodzi do galerii z lodem, radośnie mijając na drzwiach karteczkę z przekreślonym lodem (!), a mama 3 szkrabów jest zachwycona, że może sobie spokojnie pooglądać torebki, bo maluszki bawią się szklanymi (!) ptaszkami na półce, które złowieszczo dzwonią przy każdym stuknięciu zwiastując rychłą 'śmierć' któregoś z nich, gdy w tym czasie ja przepakowuję trzeci raz ceramicznego anioła dla klientki, która po raz kolejny zmieniła zdanie, który jej się najbardziej podoba, w tym czasie starszy pan pyta mnie czy mam tarkę do pięt/baterie do zegarka/płaszcz przeciwdeszczowy/łyżkę do butów/kartę pamięci, a mój brzuch mówi, że pojemnik z duszoną cukinią leży nietknięty w plecaku, mimo, że dochodzi 17:00  - mam ochotę wybiec z galerii z krzykiem i zostawić to wszystko w czorty! 
A i do tego słyszę zdziwione pytanie: dlaczego pani taka smutna? w taki piękny dzień - trzeba się cieszyć życiem....

Rozumiecie, o co mi chodzi? Wiem, że tak :)

Ja dziś zrobiłam malutki krok do przodu. Nie ważne sezon, czy nie. Około 13:00 zastawiam wejście do galerii krzesłem z doklejoną kartką "Wracam za 15 minut" i nie ma bata, że kogoś wtedy wpuszczę. To mój czas, mój kwadrans na obiad, siku, głęboki oddech - którego nic nie przerwie.
Na resztę aspektów szczytu raczej nie ma rady - po prostu trzeba to jakoś przeżyć.

W swojej pracy zdarza się Wam mieć takie nawały pracy, które powodują wypalenie sezonowe?
Jeśli macie sposoby, jak sobie z nimi radzić, aby przy zdrowych zmysłach dotrwać do końca - podzielcie się w komentarzu - skorzystam z przyjemnością, a może i innym się przyda.

Ściskam Was serdecznie -  w moim stanie tylko wirtualnie to wykonalne - pa ;)

Wiem, że wyglądam tu, jak na wakacjach w słonecznej Italii, ale to zdjęcie zrobione przed pałacem w czeskich Ratiborićach ;)

15.05.2019

Fajny plecak, czyli jak ratować bolące plecy


Plecak, jaki jest każdy widzi. Mój ci on. W niebieskie pióra :D
Nie pamiętam kiedy ostatni raz uszyłam coś specjalnie dla siebie. Ale wiecie, tak naprawdę dla siebie. Bo to, że noszę nie do końca udane prototypy "bo żal wyrzucić" to inna bajka. Ale zrobić coś od początku do końca pod kątem swoich potrzeb i preferencji, to chyba pierwszy raz mi się zdarzyło - o zgrozo ;)


A wszystko dzięki chorobie zawodowej. Większość osób pracujących w pozycji stojąco-siedzącej - np. kaletniczka - ma po jakimś czasie mniejsze lub większe problemy z kręgosłupem, tak też jest i w moim przypadku. Ból to standard, w zmiany zwyrodnieniowe samego kośćca nie chcę tu wnikać - każdy ma takie, na jakie sobie zasłużył ;)

Sorry, ale kilkanaście lat przy maszynie i stole krojczym robi swoje. Koniec końców doszło do tego, że nie byłam już w stanie nosić torby na ramię. Co zabawne w mojej 'szafie z torebkami' mam tylko torby na ramię i mały plecak szyty przemysłowo (z lumpeksu oczywiście) na górskie wyprawy. I to on służył mi przez ostatnie dwa miesiące. Używanie go odciążyło mój kręgosłup, dzięki równomiernemu rozłożeniu ciężaru na plecach, a nie generowaniu nierównomiernego napięcia i przeciążenia, jak to było w przypadku torby, przez całe życie spoczywającej na lewym ramieniu - na prawym mi okropnie niewygodnie.

W pewnym momencie stwierdziłam, że okres tymczasu, w którym mogłam paradować z obcym, w dodatku przemysłowym tworem na plecach dawno minął. Ja wiem, że szewc bez butów chodzi, ale jednak trzeba się szanować i basta - uszyłam plecak.


Kiedyś, ktoś z moich znajomych powiedział, że plecak to jest taka duża kieszeń tylko, że na plecach. I to jest chyba najlepszy opis tego, co tu widzicie.
Plecak ma jedną dużą komorę, która na szczycie zagina się tworząc klapkę zapiętą na patkę przeciągniętą przez metalowe elementy. Na przodzie jest kieszeń zewnętrzna, wewnątrz wewnętrzna :) Szelki szerokie, regulowane i uchwyt, całość jest odpowiednio usztywniona i oczywiście nieprzemakalna.

Obecnie jestem w fazie testów całości, i jeśli w trakcie nie wyskoczy jakiś królik z kapelusza, tudzież plecaka, wejdzie na stałe do oferty pracowni.
Szczerze wam przyznam, że 'faza testów' jest wyjątkowo przyjemna, bo mam totalnego fisia na punkcie tego plecaka. Ja wiem - miłość własna nie zna granic, ale on jest wprost idealny do codziennego śmigania w miasto-wieś-teren. Na pleckach leży znakomicie, jest wygodny i pojemny, a przede wszystkim jest śliczny! Tak wiem powinnam spłonąć za grzech pychy i samo-plecako-uwielbienia.

W tym miejscu prośba do was - dajcie znać, jakie są wasze odczucia na jego widok. Wiecie - mój stosunek emocjonalny do wytworu własnych rąk może poważnie rzutować na percepcję, a wybiórcza ślepota tym powodowana być może przesłania mi jakieś niedociągnięcia lub inne felery całości.

Tymczasem - zimno-majowa buźka :)