01.01.2013

Nowy rok, nowy kalendarz i zero postanowień

To, co najbardziej lubię w nowym roku, to nowy kalendarz. Czysty, świeży i nietknięty. Nie tak, jak jego poprzednik pod koniec roku - sterany życiem, zapisany do cna, z mnóstwem paragonów, wizytówek i luźnych karteczek (arcyważnych) pętających się między stronicami.
Przez te dodatkowe papierki kalendarz pierwotnie kształtny i smukły z czasem przybiera na objętości, robi się pękaty i rozchełstany od sterczących z niego zaschniętych myśli. Dlatego, gdy mam już kupiony nowy egzemplarz na nadchodzący rok zerkam na niego z utęsknieniem i nieodpartą chęcią przerzucenia się na 'lepszy  model'. Mój ulubiony typ kalendarzy, to takie z rozpiską całego tygodnia na otwartych 2 stronach, oczywiście dosyć duże - format A4 bądź B5 i koniecznie z twardymi okładkami - zeszłoroczny troszkę wypadł z tej konwencji, dlatego z ulgą się z nim rozstaję.





No i jest ten Nowy Rok 2013, mogę sięgnąć po nowy kalendarz. Tylko, że nie mam nic ważnego do zapisania. Żadnych dalekosiężnych planów czy postanowień. Kiedyś myślałam, że robiąc sobie takie ważne rozpiski na nadchodzący rok idealnie zorganizuję swoje życie, które da mi satysfakcję poprzez skreślanie kolejnych zrealizowanych punktów z listy 'do zrobienia'. Ale, czy o to mi chodzi? O robienie sobie list zadań, realizowanie ich z zapartym tchem wiecej-szybciej-lepiej-więcej-szybciej-lepiej a potem w ukojeniu odhaczanie - wykonano. Przecież moje życie to nie wojsko, nie jakieś głupie zawody. Na co mi to?

To bez sensu :))))

Teraz nie mam planów sięgających dalej niż najbliższy tydzień. Na pytanie, gdzie i jak zamierzam spędzić ten czy inny czas (święta, urlop, majówkę, urodziny itd.) reaguję rozbawieniem. Żyję z dnia na dzień, bez większych planów, wolna od terminów i oczekiwań otoczenia. Pewnie, że w głowie plączą się jakieś pomysły na mniejsze lub większe projekty w moim życiu. Ale czy i kiedy znajdę na nie czas, to już zupełnie inna historia :)

A Wy moje drogie - jesteście planowo-kalendarzowe, czy raczej 100% spontaniczności? Bardzo jestem ciekawa, jak do tego podchodzicie.

Życzę Wam wszystkiego, co najlepsze w Nowym Roku 2013, pozdrawiam gorąco - Wasza Katta :) 





15 komentarzy:

  1. Kasiu, piękny szczery post. Piszę tak, bo nie lubię planów i cykliczności i pasuje on do moich preferencji. Gdy mam sporo rozpisanych zadań, ciągle o nich myślę, mam ochotę z wszystkimi rozprawić się od razu a nie da się przecież.
    Kalendarz tak jak Ty kupuję każdego roku (właśnie jeszcze nie mam!!!!), żeby mieć świadomość, że jestem poukładana, ale i tak piszę mnóstwo karteczek z zadaniami i zawieszam je nad stołem roboczym..., bo jakoś boję się tego kalendarza(?). Ale go mam...! ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Kasiu! Życzę Ci Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku! I Wierzę w to, że nawet bez planu zrealizujesz mnóstwo cudownych projektów! :)

    Masz rację! Najlepiej spontanicznie realizować swoje pomysły, które w danym momencie wskoczą Ci do głowy! Ja tak robię od wielu lat - bez kalendarza! ;)

    Choć chwilami mam postanowienie, że będę planować... ale jakoś nie wychodzi :P

    Wiec Kochana Chwytaj każdy Dzień tego Nowego Roku i korzystaj z niego najpiękniej jak potrafisz! :)

    Pozdrawiam Noworocznie,
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
  3. Od dawna niczego nie planuję,bo nic mi z tego nie wychodzi,nie można przecież przewidzieć wszystkiego.Zazdroszczę troszkę tym co tak potrafią...mam nadzieję,że ten rok będzie lepszy od poprzedniego.Życzę wszystkiego najlepszego w Nowym Roku:)Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  4. W moim życiu niedawno stało się coś, co mnie nauczyło, że planowanie nie ma sensu. Niewiele brakowało, a nic by z moich planów nie wyszło. Wszystko się u mnie zmieniło od tego czasu. Podobno 90 proc. zmartwień dotyczy spraw, które się nie wydarzą. Będę się tym martwić, jeśli się stanie :)

    I właśnie kierowana takim mottem żyję odpowiednim dla siebie tempem, planuję tylko to, czego na wariackich papierach nie da się zrealizować. Mogę powiedzieć, że żyję, naprawdę żyję. Spontan dał mi więcej luzu w życiu i nauczył dystansu do ewentualnych potknięć. Wiem już teraz, że niepowodzenia nie są niczym dziwnym - "każdemu może się zdarzyć" :)

    Życie bez planów wyzwala kreatywność. Przydaje się analityczne myślenie i umiejętność zachowania zimnej krwi. Często trzeba sobie radzić w sytuacjach stresowych, bo jeśli nie ma planu to trzeba go stworzyć dla danej sytuacji, czasem trzeba to zrobić w jednej niemalże chwili.

    Żyję spontanicznie. Dzięki temu wiem, że żyję. A tyle mogło się w moim życiu nie wydarzyć, gdybym nie zrezygnowała z kalendarzowego stylu :)

    OdpowiedzUsuń
  5. pełen prawdy ten Twój post :-) zaprzestałam planowania, kiedy okazało się że plany swoje , a życie codzienne - swoje. jakoś na razie udaje mi się zapamiętywać dzień oznaczający deadline, i choć jestem osobą która nie lubi nic robić na ostatnią chwilę, wszystko wolę wcześniej, to co ja mogę poradzić , że jak jutro mam deadline to mi się najlepiej pracuje?? łatwo się szyje, pomysły często zapisuję np na bilecie, bo tyle ich się robi, a wcześniej dumałam długo i intensywnie i nic... tak więc, w kalendarzu zapisuję tylko daty urodzin i imienin bliskich mi osób, bo lubię wcześniej pomyśleć spokojnie nad prezentem, a reszta jakoś się kręci :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Planowanie - brrrrrr coś strasznego. Owszem jeśli są to ważne wydarzenia typu "wizyta u lekarza" to one lądują przy dacie w kalendarzu. Cała reszta uważam, że powinna być spontaniczna. Planowana tylko w głowie, a nie na kartkach kalendarza. Po co się stresować, że się czegoś tam nie wykonało z założonego planu. Po drodze może być tyle ważnych lub błahych powodów aby czegoś nie zrobić lub nie dokończyć. Jak to się mówi- każdy powód jest dobry aby coś odłożyć na potem. Wydaje mi się, że cieszą najbardziej te rzeczy, które się skończy w swoim własnym tempie. Gratuluję Ci Noworocznego postanowienia. Lepiej być uśmiechniętym i spokojnym, niż zasmuconym i pędzącym. Pozdrawiam AGA

    OdpowiedzUsuń
  7. Kochane moje, dziękuję Wam za Wasze opinie. Cieszę się, że nie tylko ja mam takie podejście (lekko anarchistyczne) do planowania swego życia. A myślałam - czytając wpisy na przełom 2012/2013 na kilku blogach - że wszyscy są super zaplanowani, pełni oczekiwań odnośnie swoich przyszłych osiągnięć i z rozpiską na cały rok, albo i więcej... Ufff!
    Nie jestem sama :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jest sporo racji w tym co piszesz. Ale ja lubię sobie obmyślać plany czy bardzo luźne postanowienia. Raczej nie z zamiarem ich realizacji, bardziej jakbym sobie "drabinki" pod fabułę powieści tworzyła. Plany są fajne, to raczej psychoza trzymania się ich literalnie (no dobra, trzymania się ich w ogóle) jest nieco terrorystyczna ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do pewnego momentu myślałam podobnie jak Ty, aż w końcu zdałam sobie sprawę, że jeśli z tych moich planów nic nie wychodzi, to działa to na mnie dołująco. Stąd moje obecne podejście ;)

      Usuń
  9. Dla mnie kalendarz jest nieodzowny, ale do takich rzeczy jak już wspomniane wizyty u lekarza czy inne temu podobne sprawy. Natomiast jakieś pomysły do realizacji czy inne dziwadła zapisuję na żółtych sklerotkach, które przyklejam na pierwszej kartce, żeby o nich pamiętać. Realizuję je we własnym tempie, choć muszę przyznać, że nieraz mnie te sklerotki stresują, a innym razem mam luźne podejście. Zależy od ..... w sumie nie wiem czego? Zastanowię się czy w tym roku nie podejść do nich bardziej la luz :D Pozdrawiam z Nowym Rokiem!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja mam moje tak zwane chciałabymki ;) Nie plany, bo życie mi już dobinie pokazało gdzie je ma. Ale zawsze są jakieś "w tym roku chciałabym". Tylko bez ciśnienia już, bo rozczarowania bolą, ojjjjj bolą!

    OdpowiedzUsuń
  11. A po co Ci takie ścisłe planowanie ... :-) Masz głowę tak usianą pomysłami...:-)
    Czymś wspaniałym jest dla mnie odkrycie Twojego bloga. Bardzo mi się tu podoba i pewnie zostanę na dłużej. Serdecznie pozdrawiam!I zapraszam do siebie :-)

    OdpowiedzUsuń
  12. czasem muszę planować, to taka logistyka codziennego dnia - szkoła dzieciaków i ich zajęcia, zmianowa praca męża, dojazd, przejazd, zakupy, coś tam, coś tam... ale strrrrrrasznie tego nie lubię...
    zresztą - jeśli zaplanuję coś "swojego", to na bank cały grafik nagle staje do góry nogami i muszę odpuścić... więc nie planuję zbytnio... improwizuję, dopasowuję się... czyli pozyskuję międzyczas :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie takie głupoty jak wizyta u lekarza, weterynarza czy fryzjera lądują w moim kalendarzu.
      Ale gdy widzę, że niektórzy robią wytyczne i rozpiski na cały rok i pytają jakie ja mam plany na wrzesień 2013 bo może by wtedy 'wpadli z wizytą' dostaję ataku paniki ;)

      Usuń